Jesień
JESIEŃ by GLINKOWSKA
Uwielbiam jesień za jej kolory.
Na początku jesieni mam ochotę się z nią stapiać. Wyciągać z szafy rudości, zielenie, bordo, musztardy, śliwki, brązy i wszystkie te kolory, które nagle zaczynają gadać z drzewami.
To też dla mnie pretekst do większego strojenia się.
Do warstw.
Do łączenia rzeczy, które latem nie miały szansy się spotkać.
Do zakładania płaszcza tylko dlatego, że pięknie wygląda z czapką.
A potem przychodzi późna jesień.
Liście znikają, robi się szaro, mokro, monochromatycznie.
I wtedy dzieje się ze mną coś odwrotnego.
Im bardziej szarzeje świat, tym bardziej mam ochotę świecić.
Kolorem. Haftem. Aplikacją. Dziwną czapką. Płaszczem, który uśmiecha ilością kolorów lub detalem.
To moje zaklęcie na ponurość listopadową. Robię to również po to, żeby samej sobie przypomnieć, że szarość dookoła wcale nie oznacza, że we mnie jest szaro i smutno. Bo w listopadzie bardzo łatwo zapomnieć o swoim kolorowym wnętrzu.
Jesień budzi też we mnie ogromną potrzebę otulania.
Nagle zaczynają wołać wszystkie ręcznie dziergane chusty, kominy, otulacze, ogromne kaptury, miękkie swetry i rzeczy, w które można się niemal zawinąć.
Uwielbiam dziergać właśnie z myślą o takim otuleniu. Włóczka przechodzi przez ręce oczko po oczku, warstwa po warstwie, aż powstaje coś, co jest jednocześnie ubraniem, miękką formą i trochę przenośnym schronieniem.
Czasem dziergam ręcznie.
Czasem pracuję na maszynie dziewiarskiej.
Łączę faktury, różne włóczki, kolory, grubości i pozwalam, żeby forma trochę wydarzała się sama.
Na jesień szykuję też dużo upcyklingowych płaszczy.
Biorę dobre jakościowo rzeczy, które już istnieją, i obszywam je nową historią.
Hafty.
Aplikacje.
Symbole.
Czasem zmieniam proporcje, czasem przebudowuję formę, czasem jeden duży motyw wystarcza, żeby klasyczny płaszcz przestał być grzeczny i zaczął krzyczeć, albo mruczeć jak kot.
Płaszcz ma chronić, ale może też świecić.
Może wysyłać informacje.
Może być trochę zbroją, trochę kokonem, a trochę wielkim kolorowym ptakiem przelatującym przez listopadową ulicę.
I jeszcze jedno.
Jesienią nawet ręcznie dziergana shopperka może nagle przestać być tylko torbą. Jeżeli staniesz gdzieś na wietrze, zawsze możesz ją sobie narzucić na kolana albo ramiona i przez chwilę zrobić z niej kocyk. Może być magiczną tarczą, którą odegnasz złośliwe uszczypliwości wietrzne.
Lubię rzeczy, które nie obrażają się, kiedy używasz ich trochę inaczej, niż przewidywał projekt.
JESIEŃ by GLINKOWSKA to upcyklingowe płaszcze, ręcznie dziergane chusty, kominy, kaptury, swetry, otulacze i wszystkie te rzeczy, które pomagają przejść przez chłodniejsze miesiące cieplej, bardziej kolorowo i zdecydowanie bardziej po swojemu.
Żeby się stroić.
Otulać.
Kolorowieć na tle szarości.
A potem wrócić do domu, zrobić sobie gorące kakao, zawinąć się w najmilszą rzecz z szafy i przez chwilę niczego od siebie nie wymagać.
Bo jesień jest od tego, żeby zwinąć się w coś ciepłego i ukochać siebie.